czwartek, 21 kwietnia 2016

Rozdział VII: Avada Kedavra

   Naturą każdego człowieka jest to, że boi się śmierci. W obliczu walki człowiek uświadamia sobie, że to właśnie ona jest jego największym wrogiem. Istotne jednak jest to, czyjej śmierci się boimy. Milczące sylwetki uczniów Hogwartu z przerażeniem obserwowały hordę zbliżających się Śmierciożerców, wśród której znajdował się Hagrid. Olbrzym niósł na swoich rękach bezwładne ciało Harry'ego Pottera, podczas gdy ich przeciwnicy wybuchali śmiechem i wiwatowali, ciesząc się ze śmierci chłopaka.

- Harry Potter nie żyje! - wykrzyczał Voldemort, śmiejąc się prosto w twarze swoich wrogów.

Bellatrix Lestrange od razu otrzymała wiadomość o śmierci chłopca. Podekscytowana faktem, iż nadszedł czas, aby stawiła się na miejscu walki, spojrzała na obolałą Hermionę Granger, leżącą na posadzce w wielkiej posiadłości. Jej płytki i słaby oddech uświadomił ją, że dziewczyna ledwo trzyma się przy życiu.



- Idziesz ze mną. - syknęła, chwytając ją za włosy i zmuszając do wstania - Harry Potter nie żyje. Teraz czas na Ciebie i waszego rudego przyjaciela. - dodała, nie ukrywając zadowolenia.
- Niemożliwe... - wymamrotała gryfonka czując łzy, które spływały z jej policzków - Nie wierzę w to, Harry nie mógł... Po prostu nie mógł, słyszysz?! To niemożliwe! - Poczuła jakby coś w niej pękło. Świadomość tego, że wszystko wokół niej potoczyło się nie tak jak powinno spowodowała utratę nadziei.
- Hermiona... - westchnął wyczerpany Malfoy, czując osłabienie organizmu. Spojrzał na nią i wyciągnął dłoń w jej stronę, jednak kraty nie pozwoliły mu poczuć jej dotyku, powstrzymywały go przed kontaktem z dziewczyną.
- Po prostu mnie zabij, Bellatrix. - odrzekła z kamienną twarzą, spoglądając prosto w jej brązowe oczy - Nie mam sił już więcej patrzeć na to, jak wszyscy moi bliscy cierpią. Jeśli to jest to, czego wszyscy pragniecie, zabij mnie. Po prostu daj żyć Draconowi i Ronowi. - po tych słowach przestała się sprzeciwiać i posłusznie stanęła u boku Śmierciożerczyni.
- Co Ty pieprzysz?! - warknął ślizgon, niemal rzucając się na kraty lochu, w którym się znajdował - Przestań, nie zgadzam się na to! Wypuść ją!

Obojgu udało się rozśmieszyć Lestrange. Prychnęła cicho, widząc dwie skrajne reakcje. Z jednej strony poświęcenie, z drugiej strach. Paraliżujący strach, spowodowany obawą o śmierć bliskiej osoby. "Och, Draco... Zawsze byłeś tchórzem" rozmyślała, po czym schowała swoją różdżkę, chwytając zrezygnowaną gryfonkę za rękę.

- Twoja śmierć jest blisko, Voldemort osobiście rzuci na Ciebie zaklęcie Avady. Ale najpierw postaramy się o trochę widowni. Zabieram Cię do Hogwartu. - dodała z triumfem wyrysowanym na jej twarzy, po czym użyła teleportu na miejsce wojny pozostawiając ślizgona samego w wielkiej, opuszczonej posesji.

Zrozpaczona Ginny, widząc Harry'ego i trzęsąc się z rozpaczy, wtuliła się w swojego brata odwracając wzrok od drastycznej sceny. "Niech to się już skończy..." prosiła w myślach.

- Hej, Gin... - wyszeptał Ron, niepewnie spoglądając w dal - Czy to nie Hermiona i Bellatrix?

Poruszona wiadomością nastolatka obróciła się i unosząc się na palcach, szukała wzrokiem swojej przyjaciółki.

- To nie może oznaczać nic dobrego. Założę się, że wszystko wygadała Malfoyowi, jest po jego stronie. Przez nią wszyscy zginiemy. To, co się tutaj dzieje jest jej winą. - warknął poirytowany, zaciskając pięści.
- Przestań! - krzyknęła Ginny, uderzając brata w ramię - Hermiona zawsze była po naszej stronie. Wiem, bo zawsze była moją przyjaciółką.
- Przecież zabroniłem Ci z nią rozmawiać! - bulwersując się, wciąż spoglądał na dwie sylwetki zbliżające się do placu, na którym się znajdowali - Zmieniła się.

Rudowłosa jedynie westchnęła, obserwując przebieg wydarzeń. Lestrange wyraźnie mocno trzymała gryfonkę za nadgarstek, wlokąc ją za sobą w stronę Śmierciożerców i kierując się do swojej rodziny.

- Nie żyje? - syknęła do siostry, Narcyzy, po czym energicznie rozglądała się, aby ujrzeć martwą twarz Pottera.
- Gdzie jest Draco? Miał być tutaj z nami, miałaś go ze sobą przyprowadzić, Bella. Gdzie on jest? - z przerażeniem zapytała pani Malfoy, martwiąc się o własnego syna.
- Zostawiłam go. Jest nikim więcej, jak zwykłym tchórzem. Na nic by się tutaj nie zdał. - warknęła, spoglądając na Czarnego Pana, znajdującego się w centrum placu.
- To mój syn! - krzyknęła Narcyza, oburzając się na swoją siostrę - Jak mogłaś?! - dodała, po czym zniknęła wśród tłumu i użyła teleportacji, aby się do niego dostać.

Lestrange zdawałą się nie przejmować tym, że jej najbliższa siostra właśnie straciła do niej zaufanie. Zostawiając swojego siostrzeńca w lochu, kierowana żądzą krwi i chęcią mordu, ruszyła razem z milczącą u jej boku Hermioną w stronę Voldemorta.

- Panie, to ona, Hermiona Granger, mam ją! - z ekscytacją wpatrywała się w niego, jakby był najwspanialszą osobą na świecie.
- Wspaniale. - mruknął, chwytając ją pod brodę, aby lepiej się jej przyjrzeć - A więc Hermiono, pogodziłaś się z faktem, że za nieposłuszeństwo wobec mnie zapłacisz śmiercią? - dodał z perfidnym uśmiechem.

Dziewczyna z milczeniem spojrzała w oczy swojego wroga, po czym wyrwała się, jednak Bellatrix prędko zainterweniowała, ciągnąc ją za włosy.

- Jak śmiesz?! - warknęła, przyciągając ją do siebie tak, aby nie zdołała uciec. Po chwili gryfonka zorientowała się, że u jej boku stoi również Ron Weasley, którego czekała ta sama kara.
- Jesteś zadziorna... - dodał Voldemort, uśmiechając się z satysfakcją - Myślę, że byłaby z Ciebie całkiem zaradna ślizgonka.

W odpowiedzi, Hermiona posłała jedynie impulsywny uśmiech, zastanawiając się jak potoczyłoby się jej życie, gdyby tak faktycznie się stało, na co rudowłosy burknął coś niezrozumiałego pod nosem z wyraźną irytacją i odwrócił zdenerwowany wzrok od byłej przyjaciółki.
Podczas gdy atmosfera strachu unosiła się nad Hogwartem, zmartwiona w trosce o swojego syna Narcyza Malfoy wyruszyła do jej posiadłości i prędko wbiegła po schodach do wejścia.

- Draco?! Gdzie jesteś? - krzyknęła, otwierając gwałtownie solidne drzwi, jednak w odpowiedzi otrzymała jedynie przeraźliwy kaszel wykończonego chłopaka.

Młody Malfoy był tak osłabiony, że ledwo miał siłę stać na nogach. Tortury Voldemorta, głód i zamknięcie w lochu znacznie pogorszyły stan jego zdrowia. Słysząc matkę wychylił się jak najdalej mógł i spojrzał na prawo, gdzie znajdowało się wyjście do holu. Po kilku sekundach znalazła się w nim właśnie ona, zrozpaczona mizernym wyglądem Draco.

- Mój boże, synu... - westchnęła, po czym szybkim ruchem sięgnęła po klucz służący do otwierania krat lochu i wypuściła syna, poprawiając jego marynarkę, która nawet po tym geście nie wyglądała dobrze.
- Co jej zrobili? - zapytał oschle, ze zdenerwowaniem poprawiając swoje ubranie i kierując się do holu.
- Chcą ją zabić. - odparła, wyraźnie nie przejmując się losem dziewczyny, która do tej pory nic dla niej nie znaczyła. - Dlaczego tak Ci na niej zależy?
- Zależy mi na niej, bo...  - zatrzymał się, po czym obrócił w stronę matki, odpowiadając ostro - Kocham ją. Ale tylko Ty możesz o tym wiedzieć, rozumiesz? Nie mów o tym nikomu! - warknął, po czym odwrócił od niej wzrok.

Narcyza nie była zaskoczona wiadomością, wręcz zdawało się, że już dawno się tego domyślała. Po usłyszeniu wiadomości związanej z pocałunkiem podczas balu, nagłej ucieczce dwójki i powróceniu do walki o Hogwart, nie trudno było jej powiązać fakty. Znała swojego syna doskonale, a przynajmniej takie miała mniemanie.

- Przykro mi, synu. - westchnęła jedynie, po czym zbliżyła się do niego - Przykro mi, że musi Ci być tak ciężko. Jako matka nie mogę już patrzeć na to, jak cierpisz. Ale teraz musisz już iść. Wiem, że chcesz jej pomóc. Masz jeszcze szansę. - wypowiadając te słowa pogładziła syna po ramieniu, po czym rozpłynął się w powietrzu, teleportując na miejsce walki.

Pojawiając się wśród uczniów, dostrzegł Hermionę i Rona znajdujących się w centrum placu przed budynkiem szkoły. Tłum gapiów w milczeniu obserwował przebieg wydarzeń, nie podejmując żadnych działań. Zauważając Harry'ego, którego ciało obejmował Hagrid, poczuł ucisk w klatce piersiowej. Poczuł strach, jednak zdał sobie sprawę, że jeśli nie podejmie żadnych prób działania, straci ważną osobę w jego życiu. Szybkim krokiem ruszył więc w stronę dwójki gryfonów, przy których straż pełniła Bellatrix.

- Co Ty tutaj robisz?! - warknęła, irytując się i lekko zadziwiając.
- Zaczekaj, Bello. - spośród Śmierciożerców wyłonił się Voldemort, uspokajając kobietę i zbliżając do białowłosego - Przyszedłeś tu do mnie, prawda?
- Wypuść ich. - warknął stanowczym głosem, zaciskając w dłoni swoją różdżkę.
- Grozisz mi? - zaśmiał się Czarny Pan, czując wyższość nad Malfoyem.
- Po prostu to zrób. - odparł, po czym spojrzał na wycieńczoną Hermionę - Proszę.

Voldemort prychnął śmiechem, widząc jak młody ślizgon prosi o ocalenie dwójki gryfonów. Spoglądając na nich, sięgnął po swoją różdżkę i powolnymi ruchami zaczął obracać ją w swoich dłoniach, kierując wzrok na Dracona.

- Spełnię Twoją prośbę... W połowie. - odparł, przerywając na moment - Jedno z nich musi zginąć.

Malfoy nerwowo przełknął ślinę, czując się potwornie z tym, że decyduje o życiu dwójki ludzi. Miał siebie za potwora, który ma odebrać jednej osobie życie. Spojrzał więc na Hermionę, która z przerażeniem wpatrywała się w jego szare oczy. Voldemort spoglądając na nich, westchnął jedynie.

- Więc chcesz ocalić dziewczynę? - mruknął, zbliżając się do niej i chwytając pod brodę - A może to właśnie ją mam zabić? - wykonując gest spowodował, że z oczu dziewczyny popłynęło kilka łez, na co ślizgon zareagował ostro.
- Zostaw ją! Nie rób jej krzywdy, słyszysz?!
- Och, rozumiem. - uśmiechnął się, zbliżając do rudowłosego gryfona i przykładając do jego szyi różdżkę - Więc to on ma zginąć?

Draco zamilknął, czując ucisk w gardle. W oddali dało się słyszeć pojedyncze krzyki, które dało się słyszeć z ust bliskich gryfonom osób. Chłopak nie wiedział już, która decyzja jest słuszna. Z całych sił pragnął ocalić Hermionę jednak czuł, że do końca życia będzie płacił za decyzję o śmierci Rona Weasleya.

- A więc postanowione, to chłopak umrze. - odpowiedział, rzucając chłopakowi uśmiech zwycięzcy.
- O mój boże... - wyszeptała Hermiona, upadając na kolana i czując się współwinna wyrokowi.

Rudowłosy spojrzał ostatni raz na gryfonkę, którą ogarnął żal, po czym czując spływające łzy po policzkach, wypowiedział ostatnie słowa.

- Przepraszam, że zniszczyłem tą przyjaźń.

Słysząc to wyznanie, zakryła twarz swoimi dłońmi i zaczęła płakać. Za swoimi plecami słyszała histeryczny płacz Ginny, która odwracała wzrok, nie chcąc widzieć śmierci swojego brata. Cały plac pogrążył się w smutku i rozpaczy, widząc triumfującego Czarnego Pana. Słysząc padające z jego ust zaklęcie, tłum zamilknął.

- Avada Kedavra!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

©